czwartek, 15 maja 2014

Szpitalne posiłki

Źródło: .facebook.com/szpitalnyposilek
Dawno mnie tu nie było. Musiałam udać się do szpitala, by usunięto mi migdałki podniebne w znieczuleniu miejscowym. Z czasem pojawią się kolejne posty na ten temat, gdyż jak zauważyłam, w sieci jest bardzo mało informacji, które są niezbędne. Przed zabiegiem próbowałam znaleźć jak najwięcej danych, czy treści dotyczących tego problemu. Ku mojemu zaskoczeniu poszukiwania zakończyły się fiaskiem. Czułam niedosyt. Dlatego postaram się opisać moje spostrzeżenia. Pozwólcie, że zacznę od szpitalnego jedzenia, czyli tematu ciągle budzącego kontrowersje.

Źródło: .facebook.com/szpitalnyposilek

Przyznaję, że bardzo się tego obawiałam. Wiedziałam, że przez najbliższe dwa tygodnie po zabiegu czeka mnie dieta tzw. „papkowata”. Szczęściem w nieszczęściu był fakt, że tego samego dnia, po usunięciu migdałków nie musiałam, a nawet nie mogłam nic jeść. Byłoby to niewykonalne. Cały czas zżerała mnie ciekawość, jak to jest z jedzeniem w szpitalach. Żartowałyśmy sobie z koleżankami z tego tematu nie bez przyczyny. W sieci, a dokładnie na jednym z portali społecznościowych znalazłyśmy stronę „Posiłki w szpitalach”. Nie wiedziałam czy się śmiać, czy płakać. Byłam przerażona. Nie ukrywam, że lubię dobre jedzenie i interesuję się gotowaniem, dlatego byłam w stanie dużo zrozumieć i nie wybrzydzać, bo lubię prawie wszystko.
Źródło: .facebook.com/szpitalnyposilek
Przyjęto mnie do Szpitala Wojewódzkiego w Poznaniu przy ul. Lutyckiej. Jest to ogromny obiekt, który posiada wiele skrzydeł i pięter, dlatego byłam bardzo ciekawa jak funkcjonuje w środku. Moje nastawienie do posiłków było bardzo negatywne. Byłam wręcz przekonana, że dostanę bliżej nieokreśloną papkę, którą będę musiała zjeść bez dyskusji. Ku mojemu zdziwieniu nie było tak źle jak na powyższych zdjęciach z portalu. Oczywiście nie było to śniadanie na miarę Magdy Gessler, czy innych znawców kuchni, jednak wszystko było zjadliwe, mimo mało zachęcającego wyglądu.

Mój obiadek na Lutyckiej. Duszone ziemniaki, sos potrawkowy, mielone mięso i marchewka. By cokolwiek móc zjeść, dostawałam kroplówkę z środkami przeciwbólowymi.
Kiedyś usłyszałam, że podobno na jednego pacjenta przypada około 20 zł dziennie na posiłki. Nie wydaje mi się, by było to prawdą i przypuszczam, że nie wydają tak „dużych” sum na jedną osobę. Jestem bardzo wyrozumiało osobą, więc miałam pełną świadomość, że posiłki nie są winą lekarzy czy pielęgniarek, które były wyjątkowo kochane, opiekuńcze i miłe.

W „moim” szpitalu podawano posiłki estetycznie i ergonomicznie spakowane. Śniadania i kolacje były zawsze w folii na białej, styropianowej tacce. Z tego co się zorientowałam, najczęściej był to chleb i jakiś okład w postaci białego serka czy wędliny. 

Moja kolacja. Chleb, biały ser, sałata i masło. Po zabiegu mogłam tylko wyjeść środek z chlebka i biały serek. Nie są to rarytasy, jednak wyglądają o niebo lepiej niż zdjęcia z portalu. 
Wszystko zależy od diety pacjenta. Ja drugiego dnia po zabiegu dostałam na obiad zupkę mleczną, która ku mojemu zaskoczeniu bardzo mi smakowała. Oprócz tego dostałam duszone ziemniaczki w sosie potrawkowym i mocno rozgotowaną (specjalnie) marchewkę. Innego posiłku nie byłabym w stanie zjeść.
Z chleba mogłam wykorzystać tylko środek, gdyż pacjenci po usuwaniu migdałków nie mogą zjadać skórek, gdyż są za twarde. Cała opuchlizna i utrudnienia z nią związane zmuszają do jedzenia płynnych, delikatnych posiłków.

Moja kolacja. Chlebek, biały serek, sałata, masełko i bliżej nie określone mięsko. Mimo, że nie przyciągało wyglądem i zapachem, jego smak nie był najgorszy. Jeśli jest się bardzo głodnym, jest to zjadliwe. Przy przyjmowaniu dużej ilości leków nie miałam wyboru i musiałam "coś" zjeść.

Jestem dopiero na początku mojej rekonwalescencji jednak z moich doświadczeń muszę przyznać, że nie polecam zbyt wiele kombinować. Próbowałam zmiksowanego banana z jabłkiem i jogurtem naturalnym i okazało się, że gardło mnie boli i piecze po tej kombinacji. Następnie odstawiłam jogurt i jabłko. Z racji, że nie wolno mi się ruszać, przemieszczać i zbytnio siłować, wszystkie posiłki przygotowuje mi mama. Cały czas poszukujemy czegoś, co by mnie satysfakcjonowało. Mama włożyła całego banana w skórce do zamrażarki, po czym zmiksowała go. Niestety ta kombinacja również nie była doskonała. 

Mój obiadek  od "Gerbera" - już w domku. 

Najbezpieczniejsze, ale nie do końca smaczne, są obiadki dla małych dzieci w słoiczkach. Jadłam już papkę o nazwie „cielęcinka z gotowanymi warzywami i ziemniaczkami” i podobne smakołyki. Dla dorosłego człowieka jest to mało apetyczne, gdyż jest kompletnie niedoprawione, niestety nie mogę używać przypraw. Równie dobrze sprawdziła się gotowana kaszka manna z mlekiem.

Czeka mnie jeszcze ponad 10 dni diety. Boję się, że zabraknie mi pomysłów, a ja już kompletnie stracę ochotę na jedzenie. Jeżeli macie jakieś ciekawe propozycje, które były przez was sprawdzone, poproszę o przepisy w komentarzach ;-) Uratuje to moje kubki smakowe, które zapomniały już czym jest pyszny obiadek.

 
  






2 komentarze:

  1. Muszę przyznać, że rarytasy w tym szpitalu. W moim jest jakaś porażka. Pamiętam jak mój teściu leżał i dostał chleb, troszkę masełka i dżemik. A obiady to sobie sam zamawiał z restauracji, bo jak mówił, że tym co tutaj dostaje to się w życiu nie naje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko zależy od tego, do jakiego szpitala się trafi. Faktycznie patrząc na zdjęcia innych internautów i byłych pacjentów, miałam duże szczęście :-)

      Usuń